Szkoła Podstawowa Sportowa

nr 272 im. Eugeniusza Lokajskiego w Warszawie


Pan Eugeniusz należy do postaci świata sportu, które przeszły do legendy. Daleko mu co prawda do sławy Janusza Kusocińskiego, a jednak... Legenda rodzi się wtedy, kiedy oprócz osiągnięć sportowych zawodnik dokonuje czynów, które wykraczają poza obręb boiska. Jest postacią posiadającą nieprzeciętne cechy charakteru, niekiedy specjalne uzdolnienia, a nawet talent właśnie w zupełnie innej dziedzinie niż sport.



Czasem losy człowieka będącego zawodnikiem wyczynowym splotą się z losami jego ojczyzny, co w przypadku losów Polski zwykle wiąże się z dramatyczną walkę o wolność. Wielu znanych polskich zawodników walczyło w ostatniej wojnie za kraj na różnych frontach, wielu poległo często śmiercią bohaterską. Byli wśród nich czołowi lekkoatleci, jeźdźcy, tenisiści, bokserzy, narciarze, pływacy, szermierze, strzelcy. Długa lista przedwojennych mistrzów, często olimpijczyków. Należy właśnie do nich. Fakt ten nie nadaje mu więc szczególnego wyróżnienia, ale na legendę, jaka powstała wokół Eugeniusza Lokajskiego, składa się wiele innych, dodatkowych, a różnorodnych przyczyn.


Sport w jego rozumieniu był czymś w rodzaju posłannictwa. Bicie rekordów nie było celem samym w sobie, lecz jedynie zwykłą próbą sprawdzenia siebie oraz - co jest szczególnie charakterystyczne dla sportowców wyjątkowych - było także próbą sprawdzenia rywali, których nie traktował jako przeciwników, ale jako przyjaciół. Stawał do walki mając przecież równe szanse. W ogniu nawet najbardziej zaciętej rywalizacji w ogóle nie wchodzi w rachubę wzajemne uszczuplanie szans poprzez wykorzystywanie dodatkowych, sprzyjających okoliczności, które szanse te mogłyby przeciwnikowi zmniejszyć. To rzadka cecha zawodników. Była to cecha rzadka nawet w tym dawnym sporcie, z którego wyrósł. Dodajmy, że o korzyściach materialnych z uprawiania sportu nie było wtedy mowy.


Lokajski startował w innej epoce. Były to czasy, gdy pokonanie granicy 70 metrów w rzucie oszczepem stawało się wyczynem nie lada. Pewnego dnia dokonał tej sztuki.



Był młodym człowiekiem i bez namysłu wszedł w życie sportowe - z zapałem i solidnie - ale przy tym było w nim jakieś szczególne skupienie, nawet powaga, z jaką traktował zarówno trening, jak i zawody. To wcale nie oznaczało, że nie był jednym z wielu młodzieńców cieszących się życiem i młodością, swą sprawnością fizyczną. Ta inność Lokajskiego, zauważalna dla najbliższego otoczenia, była wyraźną zapowiedzią jego wrażliwości na otaczający świat. Szybko rozwijało się w nim poczucie estetyki.



Uczulenie na piękno natury i ludzkich zachowań - to chyba źródło jego późniejszej działalności na niwie sztuki fotograficznej, tak kształtowało się jego widzenie ludzi i świata.


Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy w życiu na boisku lekkoatletycznym, dostrzegłem, że po zawodach sięgał po aparat fotograficzny i jeszcze zgnany, w nałożonym dresie, od razu robił zdjęcia. Szybkimi, zdecydowanymi ruchami kierował obiektyw na kolegów toczących jeszcze walkę na boisku, albo - kiedy mieli już ją za sobą - raptem kierował obiektyw w innym kierunku: raz był to fragment trybun, innym razem zarys boiska, albo wreszcie zatrzymywał w ruchu jakąś inną scenę, zupełnie niedostrzegalną dla postronnego obserwatora, nie dającą nawet domysłu, że stanowi ciekawy temat.



Reprezentacyjne boisko polskich lekkoatletów w drugiej połowie lat trzydziestych, to wówczas był w zasadzie stadion "Legii" przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie. Stąd na korty tego samego klubu było kilka kroków. Grywałem na kortach "Legii" najpierw jako młodzik, potem jako junior i takie to były czasy, że my tenisiści odwiedzaliśmy często treningi i zawody lekkoatletyczne, a wielu lekkoatletów składało nam wizyty na kortach. Lokajski należał do dość częstych gości tenisowej "Legii" i tam miałem zaszczyt go poznać, tak jak Janusza Kusocińskiego. Przychodził, przyglądał się naszym grom najczęściej z aparatem fotograficznym. Był już absolwentem Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego w Warszawie, uczelni sławnej i pięknej, wówczas bardzo nowoczesnej, rozpościerającej się na zielonych terenach Bielan. Absolwent CIWF - to wtedy wiele znaczyło. Przeważająca część wychowanków tej uczelni stanowiła bez wątpienia elitę przedwojennego polskiego sportu. Opuszczali mury uczelni i stawali się znanymi lub bardzo znanymi zawodnikami. Wielu obejmowało funkcję sportowych wychowawców młodzieży, ciesząc się u swoich uczniów wielkim autorytetem.



I w tym przypadku Lokajski należał do wychowawców wręcz wyjątkowych, toteż szybko rosła jego popularność wśród uczniów wielu warszawskich szkół, nie tylko tej, w której pracował. Uczył sportu w znakomitej szkole im. Mikołaja Reja w Warszawie. I ten okres jego działalności przeszedł do legendy. Uczył nie tylko techniki sportowej, ale czegoś nieporównanie trudniejszego: rozumienia, czym jest sport, tego, że największą satysfakcją po osiągnięciu celu jest świadomość pokonanych trudności. Wtedy dopiero zwycięstwo jest pełne.


Był jakby starszym kolegą dla swoich wychowanków. Pewien dystans jednak wytwarzał się z obu stron - dystans niezbędny, aby panowała solidarna, przyjacielska atmosfera w gronie, któremu przewodzi jedna osoba dzięki swemu doświadczeniu i autorytetowi. Wychowawca jest wyrozumiały, ale nie toleruje najmniejszego cienia nieprawości, kłamstwa, lenistwa.



Niestety, nie miałem szczęścia być jego wychowankiem, chodziłem do innej szkoły, ale od starych Rejaków słyszałem potem przez wiele lat, a i dziś czasem słyszę, jakie to piękne chwile przeżywali z profesorem Lokajskim na obozach w Rejówce pod Górą Kalwarią. - Czy mogły być piękniejsze sportowe wakacje? - wspominają do dziś siwi panowie.


Był lekkoatletą, przede wszystkim znakomitym oszczepnikiem, choć wielu twierdziło, że zapowiadał się może jeszcze lepiej jako wieloboista. W 1936 roku pobił nie tylko rekord Polski na zawodach w Warszawie, ale przeniósł go w dalekie granice. Rezultat Lokajskiego 73 metry 27 cm był wtedy jednym z najlepszych na świecie, ściśle - trzecim rezultatem w dziejach rzutu oszczepem. Przodowali w tej konkurencji Finowie i oto znów Polak zaczął im zagrażać. Pewna analogia z innym, o wiele sławniejszym polskim sportowcem, Kusocińskim, który osiągnął jeszcze więcej. Wcześniej o cztery lata, bo na igrzyskach olimpijskich w 1932 roku prześcignął wszystkich najlepszych Finów na 10 km. Rywalizować z Finami w długich biegach to w tamtych czasach znaczyło wiele.



Eugeniusz Lokajski będąc uczniem nie wyróżniał się na boisku szkolnym ani silną sylwetką, ani szczególnymi osiągnięciami. Szczupły i raczej nieśmiały, nie pchał się, jak inni do szkolnych gier, ale w tej nieśmiałości kryła się zapewne szczególna ochota, by wbiec wreszcie na boisko i pokazać, na co go stać. Mając 15 lat zgłosił się do "Warszawianki" i poprosił, że chciałby zacząć trenować rzut oszczepem. Przyjęto go życzliwie, ale poradzono, by raczej spróbował innej specjalności ze względu na niezadowalające warunki fizyczne. Był wysoki, ale bardzo szczupły. Powiedziano mu o konieczności uprawiania sportów uzupełniających, wyrabiających siłę i szybkość. Zaczął trenować koszykówkę, pływanie, ale oszczepu się nie wyrzekł. Wiele godzin spędzał na boisku w parku Agrykola i rzucał tam starym, mocno wysłużonym oszczepem.



Do klasy najlepszego oszczepnika kraju i jednego z najlepszych w świeci szedł długą drogą. Po szkole podchorążych w Zambrowie w czasie studiów na Bielanach nabrał większej tężyzny prowadząc intensywną zaprawę. Mówiono, że jest ascetą. Nigdy nie palił, w ogóle nie używał alkoholu.



Po dwóch latach startów w 1934 roku powołany został do reprezentacji narodowej. Startował w Rydze na trójmeczu Polska-Estonia-Łotwa, lecz zajął dopiero czwarte miejsce w rzucie oszczepem, wynikiem 59 metrów 67 cm. Był wtedy lepszy oszczepnik w kraju - Turczyk, którego wciąż nie mógł pokonać. Poza oszczepem uprawiał inne dziedziny lekkoatletyczne, był także wieloboistą. I wreszcie na mistrzostwach Polski w tym samym roku uporał się zarówno z wszystkim konkurentami krajowymi, zwyciężając w rzucie oszczepem rezultatem 62 metry 86 cm, jak i zdobył pierwsze miejsce w pięcioboju gromadząc 3759 punktów. W następnych mistrzostwach znów przegrywa z Turczykiem, ale zdobywa dwa tytuły mistrza Polski już nie tylko w pięcioboju, ale w nierównie trudniejszym dziesięcioboju, osiągając wtedy 6318 punktów.



Startuje często w zawodach, również za granicą, zresztą ze zmiennym szczęściem. Granica 70 metrów wydaje się wciąż nie do osiągnięcia.



I tak nadchodzi rok olimpijski 1936. Na czerwcowych zawodach dochodzi do kolejnego pojedynku Turczyk- Lokajski. Było dużo ludzi na trybunach. Pojawił się na rozbiegu. Ruszył i wyrzucił oszczep w przestrzeń.


Najpierw cisza pełna zachwytu, a potem długa burza oklasków. Oszczep wbił się daleko poza linię wyznaczającą odległość 70 metrów. Widzowie szaleli z radości. Zaskoczenie było podobne jak wiele lat później, kiedy inny Polak, wielki oszczepnik czasu już powojennego, Janusz Sidło, wbił grot swego oszczepu poza granicę 80 metrów. Dodajmy, że dopiero Sidło poprawił rekord Lokajskiego. Trzeba było na to czekać 17 lat.


73,27 m - to był radosny fakt dla wszystkich miłośników sportu w Polsce, gdyż niebawem w Berlinie miała odbyć się olimpiada. Turczyk był drugi, on także pokonał granicę 70 metrów.



Lokajski tylko raz był olimpijczykiem, startował na jedynych w swoim rodzaju igrzyskach w Berlinie 1936 r., które przeszły do kronik z nazwą: brunatne. Zajął tam dopiero siódme miejsce. "Lokajski zawiódł" - pisano w prasie. Nie wszyscy znali prawdę. Prawdą było, że kiedy stanął na rzutni, był cieniem siebie. Nie z braku formy ani z nadmiaru tremy. Bolesna kontuzja uniemożliwiła mu wykonanie normalnych, swobodnych rzutów.


Stanął do walki, gdyż nie chciał się wycofać. Wykazał w Berlinie nie tylko odporność na ból, ale i niezłomną wolę walki. Każdy rzut był torturą, mimo to wywalczył ostatecznie siódme miejsce. Uzyskał 66 m 39 cm, a wygrał nieoczekiwanie Niemiec Stock z rezultatem 71 m 84 cm, pokonując faworyzowaną koalicję fińską.



Lokajski należał do sporej rodziny nieszczęsnych olimpijczyków, którzy walczyć musieli nie tylko z rywalami, ale i cierpieniem. Znów jakaś analogia do losów Kusocińskiego. Przypominają się inne podobne dramaty - choćby trójskoczka Józefa Szmidta lub przedwojennego świetnego boksera Henryka Chmielewskiego, który w tym samym brunatnym Berlinie przegrał pojedynek o medal wskutek dotkliwej kontuzji ręki.


Kontuzja naszego oszczepnika okazała się jednak tak poważna i przewlekła, że jego kariera sportowa nie trwała już długo. Lokajski wystąpił jeszcze w roku następnym startując w Atenach w trójmeczu Polska-Grecja-Czechosłowacja. Wygrał tam rzutem na odległość 63 m 90 cm, ale był to jego ostatni występ. Kurował się, dokładał wielu starań, by powrócić na boisko, ale wszystko okazało się bezowocne.



Ostatnie lata przed wojną to okres jego pracy z młodzieżą i nie mogę powstrzymać się, by nie zaakcentować raz jeszcze wartości tej jego działalności. Przekazywał nie tylko zamiłowanie do sportu, ale i wpajał reguły uszlachetniające nasze życie. Reguły, niestety, obecnie coraz rzadziej przestrzegane. Niektórym zdają się dziś naiwnością i staroświecczyzną.



Ostatnie lata przed wybuchem wojny - wtedy poznałem go osobiście. W 1938 roku powołano mnie do kadry tenisowej juniorów na obóz, który zorganizowano w bielańskim CIWF-ie. Mieszkaliśmy w internacie mieszącym się w stojącym do dziś budynku opodal hali sportowej i od rana do wieczora trenowaliśmy na kortach. Tam nas pan Eugeniusz odwiedzał; przyglądał się naszym treningom i meczom. Kierownik obozu, kpt. Suchorzewski, oraz kpt. Konopatki (brat mistrzyni olimpijskiej w rzucie dyskiem - Haliny), przeprowadzili także kontrolny turniej. Na pewno panu Eugeniuszowi zawdzięczam, że jeden z meczów zdołałem wygrać, choć rywal prowadził w rozstrzygającym secie 4:1 i 30: 0. Rywalowi asystował jego trener.



Ja akurat nie miałem "sekundanta". Widząc to Lokajski zajął się mną. Przy zmianie stron kortu powiedział dwa zdania w tym sensie, że wyglądam już na pokonanego, a przecież teraz będzie mój serwis i nie rozumie, dlaczego mam przegrać. I poszczęściło mi się w końcówce. Zrobił nam potem zdjęcie, jak stoimy przy siatce. Nie ma śladu po fotografii, może spłonęła, jak tyle pamiątek. Na szczęście ocalało wiele nierównie ważniejszych zdjęć zrobionych przez Lokajskiego.



Wojna. Konspiracja. Wiadomo było, że Lokajski walczył kampanii wrześniowej, a później jak wielu sportowców został żołnierzem Armii Krajowej. Zawodnicy z poszczególnych dziedzin sportu na ogół tworzyli zwarte grupy konspiracyjne wraz z najbliższymi kolegami z boiska. Tak było choćby z tenisistami, czy piłkarzami. Eugeniusza Lokajskiego podczas okupacji spotkałem już tylko parę razy. Raczej przelotnie. Jedno z tych spotkań zapamiętałem. Wiąże się ono z kortem i jego nieodłącznym aparatem fotograficznym. Kadra tenisistów warszawskiej "Legii" stanowiła wciąż grupę związaną mocno zarówno pracą podziemną jak i grą w tenisa, uprawianą oczywiście potajemnie. To było chyba już na początku lata 1944. Rozgrywaliśmy turniej na korcie w Konstancinie, położonym na posesji cenionego warszawskiego cukiernika Romana Pomianowskiego.



Grom przyglądało się nawet sporo ludzi, ale ktoś raptem przybiegł i powiedział, że w okolicy grasują żandarmii, więc niech widzowie nie biją brawa po udanych zagraniach... i wszystko odbywało się dalej w ciszy. Wśród widzów był także Lokajski. Robił zdjęcia. Zamieniliśmy kilka zdań. Już nie miesiące, lecz tygodnie dzieliły od 1 sierpnia. Robił nam zdjęcia porucznik AK pseudonim "Brok". Ostatni raz patrzyłem w jego twarz śniadą, o lekko wystających kościach policzkowych. Ciemna czupryna, z charakterystycznym przedziałkiem pośrodku. Twarz pogodna, ale już jakaś czujna.



Na kilka dni przed wyruszeniem w drogę na meksykańską olimpiadę w 1968 roku zobaczyłem w sali kinowej film Jana Łomnickiego zatytułowany "Gienek". Narracja była oparta w głównej mierze na fotografiach wykonanych przez Lokajskiego, oparta oczywiście przede wszystkim na tych fotografiach, które autor pozostawił jako bezcenny dokument Powstania Warszawskiego. Porucznik "Brok" był jednym z tych, którzy szli i robili zdjęcia na pierwszej linii frontu, którzy ryzykowali życie, żeby utrwalić te chwile i zachować je dla potomnych. Obok szacunku i podziwu budzi się zaduma nad instynktowną dalekowzrocznością człowieka i jego pragnieniem zachowania ciągłości naszej wspólnej historii.



W filmie słyszało się czystą tonację określającą postać Lokajskiego. Przypomniano ją dorosłym, zaproponowano młodym. On nie był bohaterem typu tzw. mocny człowiek. Był wrażliwy i delikatny, tak jak pełen delikatnej harmonii był jego styl rzucania oszczepem albo bieg przez płotki.


"Lubił chodzić wiosną na łąki i fotografować kwiaty... Na łąki wśród lasów otaczających CIWF..." - opowiadała w filmie jego siostra, pani Zofia Domańska. Krótka sekwencja pod koniec filmu, starsza pani mówi: "Zginął pod koniec września w domu przy ul. Marszałkowskiej 129. Spadły bomby. Jego ciało odnaleźliśmy dopiero w maju 1945 roku. Co mogłam mu dać? Tylko kwiaty. To było akurat w dzień moich imienin".



Epilog. Z ekranu znikają potworne zarysy zburzonych domów, poszarpanych barykad i młode twarze w hełmach z biało-czerwoną opaską. Widać niebo i chmury, lecący oszczep. Pojawia się pogodna muzyka. W epilogu reżyser dokonał śmiałego kontrapunktu. Ponadto w latach, kiedy usilnie lansowano zupełnie inny typ bohatera, jako propozycję dla młodzieży, starannie pomijając rodowód i cechy pokolenia AK-owskiego - nazywanego oficjalnie i natrętnie "pokoleniem Kolumbów" - reżyser bądź co bądź jako jeden z pierwszych przypomniał postać Eugeniusza Lokajskiego i wyłonił jako wzór. Dlatego w tym szkicu znalazło się kilka zdań o filmie "Gienek".



Copyright © 2015-2018. Szkoła Podstawowa Sportowa Nr 272 w Warszawie. All Rights Reserved.